Ognia nie udało się opanować. Burmistrz wezwał nawet na pomoc sąsiednie miasta, ale w tym momencie pożar był zbyt rozległy, by można było z nim skutecznie walczyć. Gdy płomienie zniszczyły stację pomp, położoną na północ od rzeki Chicago, miasto zostało pozbawione wody i strażacy musieli się poddać.

Gdy ogień dotarł do centrum miasta był już tak potężny, a temperatura tak wysoka, że nie mogły im się oprzeć murowane hotele, centra handlowe, chicagowski ratusz, budynki opery i teatrów, kościoły ani fabryki. Pożar rozszerzał się gwałtownie ku północy, pchając przed sobą tysiące uciekinierów tworzących korki na wąskich mostach nad rzeką. W pewnym momencie, gdy płomienie przeskoczyły na północ ujścia rzeki do jeziora Michigan, w tłumach uciekinierów wybuchła panika. Mieszkańcy uciekali do parku Lincolna i na plaże jeziora, gdzie tysiące szukały ratunku przed ogniem, gotowe rzucić się w wodę.