I ziemię swą ukłonem pożegnał i słowem prostym: — Ej, dobra ziemio rodzona, z Panem ty Bogiem zostań. I odszedł pośród czeredy lat nie zgarbiony ciężarem. A już siedemdziesiąt miał wtedy, tak coś — siedemdziesiąt i parę. ———————————— Za drutami w obozie jak było, wie to każdy i mówić niemiło. Ciężkie ludzie tam cierpią katusze, udręczone ich ciała i dusze. Znosi wszystko z godnością, cierpliwie siwy starzec Franciszek Myśliwiec.
Chociaż z głodu niby szczapa suchy, skóra tylko i tych kostek garstka, przecież wzięcie to samo i ruchy i ta godność dawna, gospodarska. I znów śląskiej młodzi jak zawsze przewodzi. Pociesza i krzepi: — Będzie, bracia, lepiej. Trza to, bracia, przetrzymać, przetrzymać… I siwymi wlewa moc oczyma. ———————————— Wolno rok upłynął za kolczastym drutem, wycierpiał Myśliwiec mękę i pokutę. Umyśliły wrogi, że go puszczą precz. I tak prędko umrze, toć wiadoma rzecz. Nie będzie Myśliwiec więcej sławny już, powiedzą Ślązaki, że uciekł jak tchórz.
— Pójdźże tutaj, stary, pewnie będziesz rad, że cię wypuścimy już na wolny świat. Że wychodzisz pierwszy z tej ślązackiej rzeszy. Że wychodzisz sam — podziękujże nam.
Spojrzał stary w ciszy w oczy towarzyszy, w oczy owej młodzi, co to jej przewodził. Czy ma sam się zbawić, braci tu zostawić? Któż ich kocha tkliwiej niż stary Myśliwiec.