Narrator zostaje niespodziewanie unieruchomiony w niewielkim domku przez spadły w sąsiedztwie kolejny walec, zmuszony jest spędzić tam następne dwa tygodnie, za towarzysza mając spotkanego przygodnie ograniczonego wikarego. Przymusowe więzienie daje się mężczyznom we znaki, zwłaszcza że mają małe zapasy, a wzajemne towarzystwo zdaje się tylko działać im na nerwy. Za to narrator ma niepowtarzalną okazję obserwować przybyszów z bliska, samemu nie będąc wykrytym. Dokładnie przygląda się samym Marsjanom, ich machinom, a także okrutnym praktykom, bowiem przybysze, jak się okazuje, odżywiają się krwią złapanych ludzi (przy czym zaznaczyć należy, że narrator – co do zasady – nie potępia Marsjan za takie zachowanie, stwierdzając, że także zwierzęta roślinożerne, jeśli miałyby odpowiedni poziom świadomości, byłyby zszokowane okrucieństwem ludzi, zabijających i zjadających mięso przedstawicieli innych gatunków). W końcu odchodzący od zmysłów wikary wdaje się w walkę z narratorem, czym ściąga na siebie uwagę Marsjan i wpada w ich ręce, narratorowi zaś udaje się ukryć i pozostaje szczęśliwie niezauważony. Po dwóch kolejnych dniach głód wygania go na zewnątrz, na szczęście Marsjan już nie ma w okolicy.