Monstrum w trakcie prezentacji utworu tytułowego z promowanego albumu, wyłaniało się zza obrotowej makiety lodowca, jako prorok znany z wkładki do LP, zaś w kulminacyjnym momencie przedstawienia („Iron Maiden”), nad estradą górował Eddie wyjęty wprost z okładki albumu, prezentując zgromadzonej widowni swojego potomka, wszystko to odbywało się przy wtórze efektów świetlnych, stroboskopowych i kanonad pirotechniki. Na dodatek pojawiły się potężne świece z wizerunkami sakralnymi, ogromna wersja „Grim Rippera” obecnego na wielu okładkach płyt i singli, czy też unoszone w powietrzu, imponujących rozmiarów lodowe organy, z Michaelem Kenneyem ukrytym za ich pulpitem.
Bruce Dickinson wymachiwał w kierunku widzów brytyjską flagą w trakcie „The Trooper”, zapraszał na scenę członków obsługi technicznej podczas „Heaven Can Wait”, co w kontekście przebiegu kolejnych tras stało się stałym punktem programu. Choć przedstawienie imponowało rozmachem, to wielu krytyków muzycznych zarzuciło wówczas grupie, przekraczanie wszelkich granic estradowego kiczu, znanego z prześmiewczego filmu quasi-dokumentalnego „Oto Spinal Tap”. Mówiono o gigantomanii, efekciarstwie i prezentowaniu „fajerwerków zamiast muzyki”. Opinie te głęboko dotknęły muzyków, kolejna trasa była zatem powrotem do podstaw.