„Motza” – posypały się serie ku najbliższej pikującej maszynie. „Stukas” szybko umknął z zasięgu elkaemu „Rusika” i wszedł w celownik „Motza”.

      Podchorąży zerwał elkaem z nóżek i podtrzymywany przez „Wiesława” celował w sam przód kadłuba, w chłodnicę silnika, olbrzymiejącej w oczach maszyny. Spust. Ogień ciągły. Karabin wyrywa się w dłoni. – Jest! – wrzeszczy półprzytomny z emocji „Motz”. Z tyłu kadłuba smuga dymu. Pilot próbuje wyrównać pędzącą ku dachom maszynę. Silnik krztusi się. Poderwany gwałtownie samolot, jakby zatrzymuje się w powietrzu, chwieje się na boki, traci równowagę i uderza w dach kilkupiętrowej kamienicy Ludwika Spiessa przy ul. Hipotecznej. Odpadają płaty, zmiażdżony kadłub spada w wąwóz ulicy. Słup czarnego dymu, ciała pilotów wyrzucone o kilkadziesiąt metrów. Skulone postacie, bezkształtne jak worki. Nie dają znaku życia. Na bruku wokół szczątków samolotu smaży się rozlane paliwo, tworząc płonącą barierę.