Fakt, że linie te (zwane batalionami) nie mogły być użyte równocześnie, niwelował przewagę liczebną na korzyść Anglików.
Około godziny 11 Henryk przemówił do swoich ludzi, przypominając, że o ile lordowie, baronowie czy on sam mogą liczyć na przeżycie bitwy i wykupienie się z niewoli, o tyle ludzie z gminu nie mają innego wyjścia aniżeli zwyciężyć. Łucznicy angielscy i walijscy wysunęli się do przodu, zatrzymali około 300 m przed francuską pierwszą linią (maksymalny zasięg długich łuków), wbili piki w ziemię i wypuścili strzały (każdy łucznik miał ich przy sobie co najmniej 70). Francuzi odpowiedzieli bezładnym atakiem; wielu rycerzy pospadało z trafionych strzałami koni, zanim dotarli do angielskich linii, kolejni nacierający mieli do pokonania nie tylko grząski grunt, ale także wijących się w błocie towarzyszy. W dodatku masa szarżującej konnicy nie mogła pomieścić się na wąskim pasie pola bitwy, ograniczonego z obu stron gęstym lasem.