Praktykowano też zwyczaje, które były wspólne dla innych zwierząt podczas pierwszego wygonu na hale. Bydlęta się opluwało, robiono znak krzyża, czasami do ogonów wiązało się czerwoną wstążkę.
Owce wszystkich sałaszników gromadziły się w jednym miejscu u podnóża gór, po czym jedno wielkie wspólne stado gnano na sałasz. Wejście na halę było również szczególnie akcentowane: całą drogę strzelano, trąbiono i krzyczano. Miało to na celu odegnanie złych duchów od posiadanych zwierząt, a także aby całe stado trzymało się razem.
Następnie sałasznicy (właściciele owiec, nazywani – w zależności od regionu – miszanikami) dokonywali pierwszego udoju mleka. Do udojonego mleka dodawano kawałeczek suszonego żołądka cielęcia zwanego podpuszczką. Tak przygotowany serowy oszczypek podawano na szyndziole, czyli goncie. Ser rozkrajano od środka – jak tort i dzielono nim – szczypkiem wszystkich udziałowców (właścicieli owiec). Oznaczało to symboliczny udział każdego gazdy we wspólnocie pasterskiej, zawiązaniu się wspólnoty pracy i odpowiedzialności za pomyślność i pomnażanie dostatku.
Tak oto opisał gwarą przebieg mieszania owiec Jan Kufa ze Śląska Cieszyńskiego: