Paryska premiera okazała się sukcesem na tyle dużym, że dyrygent Gustave Doret musiał powtórzyć wykonanie utworu następnego dnia. Ocena krytyków nie była jednak jednoznaczna. Obok aplauzu pojawiły się też głosy zbulwersowanych rzekomym brakiem w utworze jakiejkolwiek formy, czy – w opinii Charlesa Darcoursa z „Le Figaro” – eksperymentami z barwą brzmienia, które „są zabawne w pisaniu, ale nie w słuchaniu”.

Charakterystyka utworu Debussy kilkakrotnie przymierzał się do muzycznego zilustrowania wiersza Mallarmégo. Jednym z pomysłów była trzyczęściowa suita, składająca się z preludium, interludium i finałowej parafrazy. Ostatecznie zrezygnował z tryptyku i sprowadził całość do formy prostego, 110-taktowego preludium.

Zamysłem Debussy’ego nie była synteza treści poematu Mallarmégo wyrażona środkami muzycznymi, ale oddanie impresji wywołanej poezją. Kompozytor unikał dosłownej ilustracyjności i bardziej sugerował niż naśladował „najdelikatniejsze dźwięki i szepty przyrody”. Treść pozamuzyczną preludium scharakteryzował dość enigmatycznie, określając ją jako serię marzeń sennych rodzących się w głowie fauna podczas leniwego popołudnia, po wcześniejszej pogoni za nimfami.