Ostatniej nocy, gdy siedział w ciemności, pogrążony w ponurych myślach, usłyszał ciche kroki kogoś, kto skradał się do skrytki w piwnicy, a następnie do pokoi na piętrze. Dotrzymał słowa danego chłopcom – nie skorzystał z okazji, aby przyłapać i ukarać sprawcę. Nie ujawnił swojej obecności i nigdy nie dowiedział się, kto nim był i czy inni o tym wiedzieli. Zguba znalazła się w pustym pokoju pod miotłami. Do sprawy nie wrócono. Opis sytuacji i sposobu jej rozwiązania zrobił duże wrażenie na Marianie Brandysie, który w posłowiu do książki Legenda domu przy ulicy Mącznej napisał m.in. z podziwem:
thumb|240px|Groby W. i G. Dowlaszów na cmentarzu Centralnym w Szczecinie (kw. 95E)
Gdy Weronika Dowlasz zmarła w sierpniu 2002 roku, liczna i zżyta rodzina przetrwała jej odejście. Przed Wielkanocą roku 2004 dziennikarka Gazety Wyborczej zastała Grzegorza Dowlasza w domu przy ul. Mącznej. Rolę pani domu pełniła bratanica Weroniki, Teresa Ciechowicz. Stół w jadalni przygotowano na 30 osób, ale nie było dokładnie wiadomo, ilu członków rodziny przyjedzie. Dwanaścioro dzieci jeszcze przygotowywało pisanki. Młody owczarek niemiecki, Brutus, omal nie przewrócił swojego pana, witając się z nim serdecznie.
Zmarł w roku 2012.