Zginęła ciotka Kucharska Krystyna, która była w dziewiątym miesiącu ciąży. Zginęło również kilku Polaków z policji niemieckiej, którzy nas bronili. Z całego miasta ocalało kilka rodzin polskich 4 - 5, nie więcej. Między innymi moja rodzina. Ocaleliśmy chyba dlatego, że schroniliśmy się blisko koszar. Przez trzy dni byliśmy jeszcze w Mizoczu.[...] Mężczyźni zwozili ciała w jedno miejsce pod cmentarz i tam je pochowano w wielkim dole. Przez trzy dni zbierano ciała z ulic miasta. Mężczyźni, którzy się tym zajmowali, nie mogli uwierzyć, że tyle okrucieństwa, bestialstwa i nienawiści może być w człowieku. Ulice miasta były pełne trupów, głowy często leżały oddzielnie, inne części ciała zmasakrowane. Wszędzie było pełno krwi. Te dni ataku jawią mi się we wspomnieniach jak straszny koszmar. [...] Mizocz był miastem, w którym mieszkało około 5 tysięcy ludzi. Po likwidacji Żydów część ich domów spalono, ale dużo zostało. Wszystkie domy po Żydach były wypełniane przez uciekinierów z polskich wsi, ponadto we wszystkich domach polskich byli uciekinierzy z wiosek. W niektórych nawet po kilka rodzin. Mizocz był zaludniony bardziej niż przed wojną i wszyscy ci ludzie zginęli. Tylko niewielkiej ilości Polaków udało się wymknąć. Ofiary liczyłbym w tysiącach.