To było w Pirenejach, mój pierwszy Tour de France. Nie miałem aspiracji aby zostać liderem, nic z tych rzeczy. Dostałem zadanie, miałem pilnować lidera, Francuza i mu pomagać. Na trasie zapomniałem jakie mam zadanie i po prostu jechałem z przodu z najlepszymi, pokonując z nimi kilka górskich szczytów. Potem podjechał do mnie mój dyrektor sportowy i zapytał co się stało z moim liderem, którego miałem pilnować. – Ojej, faktycznie, gdzie on jest? – zapytałem. Dyrektor odpowiedział, że został w drugiej grupie, jakieś 5–10 minut z tyłu. Powiedziałem mu: – Nie ma strachu, zaczekam na niego i mu pomogę. Ale on kazał mi zostać w czołówce, unikać kłopotów i postarać się dojechać z najlepszymi. Tak też zrobiłem, dotarłem do ostatniego wzniesienia na etapie z Bernardem Hinault i Lucienem van Impem, który nam odjechał na tym podjeździe na kilka minut. Ja miałem jednak spory zapas czasu z poprzednich etapów i w ten sposób zostałem liderem wyścigu. To była niespodzianka, nie spodziewałem się jej, wiedziałem że maillot jaune jest bardzo ważna i ma długą historię, ale dla mnie tamtego dnia najlepsze było to, że nie muszę prać swojej koszulki, tylko dostanę nową. Ale kiedy się ją nosi, jest się na najwyższym sportowym poziomie.