Jednakże dziwnym zbiegiem okoliczności Conway wrócił z Ameryki w aureoli bohatera Rewolucji. Jego generalski stopień został zweryfikowany i uznany, po czym... pozbyto się go zsyłając do Pondicherry. Prawdopodobnie dlatego, że wszystkim u dworu znana była jego chorobliwa niechęć do Azji i Azjatów.

Gdy Pigneau przybył do Pondicherry, dowiedział się ku swemu przerażeniu, że król raz jeszcze przemyślał i odrzucił projekt. Sprawa była niejasna, ba, podejrzana nawet. Conway nie umiał przedstawić biskupowi żadnego dokumentu, a osobistego listu królewskiego zwyczajnie nie mógł. Pigneau wysłał więc do Paryża list żądając wyjaśnień. Tymczasem przyszedł lipiec 1789 roku. Tłum zdobył i zburzył Bastylię, a słowo królewskie z dnia na dzień przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.

„Jak rewolucja, to rewolucja. Sam poprowadzę ekspedycję!” – oświadczył Pigneau kupcom francuskim i przekonał ich, że winni kupić mu dwa statki, broń i amunicję. Tak się też stało. Pigneau zaciągnął około 400 dezerterów z armii francuskiej – niektórzy z nich oddali sprawie nieocenione usługi: Olivier de Puymanel, dwudziestolatek, wyszkolił 50-tysięczną armię tubylczą;