Dialog Ciela toczy się między żonglerem-donżuanem a zuchwałą dziewczyną, która początkowo odrzuca jego zaloty ("oszalałeś", "dam sobie raczej obciąć włosy" – to jest – pójdę do klasztoru, "strzeż się moich krewnych"). Stopniowo jednak ustępuje: prosi, aby znalazł sobie piękniejszą (on wylicza wtedy krainy, w których takiej szukał), wyraża zgodę pod warunkiem, że zakochany ją poślubi za wiedzą rodziców. Mężczyzna nalega dalej: jeśli nie chce mu się oddać niech go natychmiast zabije. Składa przysięgę po wsze czasy na Ewangelię skradzioną z kościoła. Na koniec kobieta robi w końcu to na czym obojgu zależy, mówi: Chodźmy wreszcie do łóżka, bo nie wiadomo, co nas spotka.
Początkowe przekomarzanie jest grą pozorów, z której dobrze zdają sobie sprawę obie strony, świadome wzajemnych skłonności. Pożądanie, agresywność, oszustwa i kłamstwa pojawiające się w rozmowie kontrastują z wyidealizowaną miłością intelektualistów. Dosadny, komiczny język zostaje wprowadzony w celu parodystycznym jest wyraźnym przeciwieństwem podniosłego stylu dworskiego.