Dwa lata później, 21 stycznia 1968, w pobliżu bazy Thule (obecnie Qaanaaq) na Grenlandii rozbił się kolejny B-52G, przenoszący cztery bomby termojądrowe Mk 28. Tym razem załoga (sześciu z siedmiu się uratowało) nie pozbyła się bomb przed wypadkiem, toteż w wyniku roztrzaskania się samolotu przy prędkości 560 węzłów (1000 km/h), doszło do wybuchu klasycznych (trotylowych) ładunków we wszystkich bombach oraz pożaru szczątków i 130 tys. litrów paliwa lotniczego, a znaczna część plutonu z bomb przedostała się do otoczenia. Był to prawdopodobnie najpoważniejszy wypadek B-52 w ogóle, a na pewno najpoważniejsza katastrofa w historii wyspy spowodowana jej strategicznym położeniem. Mimo dużych nakładów finansowych na dezaktywację usunięcie wszystkich skutków wypadku w trudnej arktycznej okolicy nie było do końca możliwe.
Po katastrofie na Grenlandii Amerykanie zaprzestali 24-godzinnego dyżurowania w powietrzu z bombami na pokładzie, co praktykowane było od kryzysu kubańskiego w 1962 roku, tym bardziej że do mniej spektakularnych niż w Thule i w Palomares wypadków dochodziło częściej. Wiele z nich (prawdopodobnie większość) dotknęło B-47 Stratojetów (np.