Jaworski, Szafirski i Hierzyk przez lata musieli utrzymywać swój spisek w tajemnicy. O tym, czemu naprawdę służyło szkolenie zomowców, którzy strzelali na Wujku, wiedziała tylko garstka ludzi z opozycyjnego podziemia. Zdecydowana większość osób z bliższego lub dalszego otoczenia taterników – która siłą rzeczy nie mogła być wtajemniczona – ich postępowanie uważała za zwyczajną zdradę i hańbę dla Podhala (w czasie Polski Ludowej uważanego za jedno z kilku najprężniej działających skupisk opozycji). Z tego powodu cała czwórka została odrzucona przez środowisko, będąc notorycznie piętnowaną. Sytuacja ta zmusiła Szafirskiego do emigracji do Kanady, ale i tam dosięgła go etykietka zdrajcy. Inicjator spisku – Jaworski, również musiał wyjechać (osiedlił się w Niemczech).
Nie mogąc się pogodzić z wyrokiem uniewinniającym zomowców w pierwszym procesie (ogłoszonym 21 listopada 1997 r.), taternicy postanowili ponownie zacząć działać w celu ujawnienia prawdy. W 1999 – po powrocie do kraju – raport odtworzył Jacek Jaworski, wskazując w nim, że polecenie strzelania do strajkujących górników wydał Romuald Cieślak – ówczesny dowódca plutonu specjalnego ZOMO – który w dodatku strzelał pierwszy. Później zeznania zaczęli składać pozostali taternicy.