Gdy jako jeden z zaledwie pięciu pozostałych przy życiu członków 45–osobowego plutonu (dwaj inni żołnierze ze zdjęcia, którzy ocaleli to Rene Gagnon i John Bradley), został odwołany przez prezydenta Harry'ego Trumana do kraju i obwołany bohaterem narodowym, znalazł się w roli, w której – jako skromny i bardziej dumny z poległych towarzyszy broni Indianin – odnajdywał się z trudem. Nieustannie fetowany i wielokrotnie częstowany alkoholem – popadł w uzależnienie.
Próbował uciec od sławy i nałogu, powracając do rodzinnego rezerwatu w Arizonie, ale i tam przybywali ludzie, którzy chcieli zobaczyć „Indianina, który zatknął flagę” – i zwykle także napić się z nim. Uhonorowany ponownie hucznym przyjęciem przez prezydenta Dwighta Eisenhowera, krytycznie i z rezygnacją przyjmował nienależne mu – jego zdaniem – zaszczyty. Z czasem jego wojenne zasługi zaczęły tracić na znaczeniu, a on sam musiał się zmierzyć z twardymi realiami życia w ubogiej społeczności tubylczych Amerykanów, otoczonej przez nieprzychylnych „indiańskim darmozjadom” białych sąsiadów. Nigdy się nie ożenił. Za to często – jak wielu podobnych mu „zwykłych Indian” – trafiał do aresztu za pijaństwo w miejscach publicznych i włóczęgostwo.