Roger, który pożałował swojej wcześniejszej decyzji o wymarszu z Antiochii, doszedł do wniosku, że jedynym wyjściem jest przebicie się przez pierścień oddziałów wroga. Jego wojsku towarzyszył biskup Apamei Piotr. Zwołał wojowników, wygłosił do nich kazanie, a następnie wszystkich wyspowiadał, w tym także samego Rogera. Przed atakiem na pozycje nieprzyjaciela książę wysłał oddział zwiadowczy, który wpadł w zasadzkę. Do obozu wróciła zaledwie garstka ludzi, którzy donieśli mu, że przebicie się przez linie nieprzyjaciela jest niemożliwe. Mimo to, nie mając innego wyjścia, gdyż zapasy wody i żywności z każdą chwilą malały, wojsko łacinników, wcześniej pobłogosławione przez biskupa, uderzyło na wroga.

Od samego początku sytuacja była beznadziejna. Oddziały antiocheńskie nie miały najmniejszej szansy na przebicie się przez zastępy turkmeńskich jeźdźców i konnych łuczników, którzy górowali nad nimi liczebnością. Zwykła piechota, złożona z Syryjczyków i Ormian, wpadła w panikę. Nie mając jednak gdzie uciekać, stłoczyła się między szeregami konnicy, utrudniając rycerzom swobodę ruchów. Niespodziewanie wiatr zmienił kierunek na północny i począł smagać twarze łacinników tumanami pyłu.