Po wylądowaniu spadochroniarze zostali zatrzymani przez żandarmów.Niemcy nie rewidowali zatrzymanych, prowadzili, broń trzymali w pogotowiu, pies szedł krótko na smyczy. Skoczkowie ochłonęli ze zdumienia wywołanego spotkaniem. Byli już w środku budynku. W izbie choinka. Stanęli pod ścianą, z podniesionymi rękami. "Wania" był pierwszy z brzegu. Żołnierz podszedł do niego od tyłu z zamiarem przeprowadzenia rewizji, dotknął skoczka. Dłońmi złożonymi jak do modlitwy otrzymał cios w szyję. Zatoczył się. Nie było na co czekać. Na strzelnicy broń wyciągało się zza paska spodni, po wylądowaniu przełożyli pistolety z kieszeni kombinezonu do kieszeni płaszczy, a może i wcisnęli za pasek na brzuchu. Ryzykowna decyzja podjęta zapewne intuicyjnie jako, być może, najlepsze wyjście z sytuacji: mimo przewagi dać się zaprowadzić z otwartego pola do budynku, gdzie mogło być wielu Niemców, teraz się opłaca. Odwracali zagrożenie: mieli za sobą i zaskoczenie przeciwnika, i własną szybkość, i dobrą szkołę strzelecką. "Wania" pierwszy oddał dwa strzały. Odległość, powiadał, tak mała, że strumień powietrza z przebitych płuc uczułem na twarzy. [...] Któryś wskoczył do sąsiedniego pokoju. [...] Pobladły żołnierz za biurkiem.[...] Niemiec nie zdążył sięgnąć po broń.